Felieton – Czy 16-gigowy iPhone jest jeszcze potrzebny?

O d dłuższego czasu na sile przybierają plotki dotyczące zwiększenia minimalnej pamięci iPhone’a 6S do 32 GB. Jak wiadomo, każde odświeżenie musi wnosić coś nowego… ale tym razem wygląda na to, że będzie to zmiana rewolucyjna. I nie chodzi tu o patetyczne wychwalanie pod niebiosa działań Apple, bo uważam że brak slotu do pamięci zewnętrznej jest nieporozumieniem. Jednak tym razem Apple może pokazać, że traktuje swoich klientów poważnie.Być może tradycyjne „rozmiary” pamięci miały sens pięć lat temu przy znacznie uboższych w innowacje smartfonach. 16 GB to zdecydowanie optymalny rozmiar do iPhone’a 3GS czy nawet późniejszej czwórki. Pojemność czterokrotnie większa była stosowana jedynie przez użytkowników z nieco zasobniejszym portfelem, natomiast 128 GB to w ogóle szał ciał, produkt jedynie biznesowy. Ale, ale… Nie zapominajmy, że ówczesne telefony były bardzo, ale to bardzo odmienne od obecnych 6 i 6 Plus i licznych przyszłych modeli. A i czasy były inne, jeśli mowa o aplikacjach – bez Facebooka, Instagrama i mnóstwa gier. Dziś natomiast aplikacje ściągamy na potęgę, a te zbierają coraz więcej danych – a że wszystkie trzeba gdzieś przechowywać, stąd też nagły rozrost Facebooka z około 100 MB do blisko czterystu. Tak, zwracam uwagę na takie niuanse. Posiadacz 16 GB.

16 GB – niby dużo, ale czy na pewno?
Aby zrozumieć w czym leży cała istota problemu iSprzętów o pojemności 16 GB, wystarczy zajrzeć do panelu zużycia dysku… Kilka kliknięć w Ustawieniach i okazuje się, że 16 giga to tyle co nic! Sam iOS 8.4 zajmuje niebagatelne 4,1 gigabajta (aż jedną czwartą całej pojemności!). A przecież „czysty” iPhone to żadna przyjemność, chyba że służy nam jako narzędzie do lansu.
Choć to może wydawać się niedorzeczne (patrząc z perspektywy człowieka oszczędzającego przestrzeń), korzystając z mojego iPhone’a staram się, by miał wszystko to co mi tylko do szczęścia potrzebne. Posiadam aplikacje z kodami do kart lojalnościowych, appki z mediami społecznościowymi, skaner QR oraz wiele innych. Ponadto, w moim telefonie dużą rolę odgrywa muzyka – a „jedyne” 220 utworów to aż 1,5 GB – wiem, mógłbym i nawet chciałbym więcej, ale świadomość tego, że za komfort słuchania mam płacić utratą 10% pamięci oraz znacznym zwolnieniem pracy sprzętu, znacznie powstrzymuje moje niecne zamiary. Idźmy dalej. Jedyne 116 zdjęć na telefonie (zredukowane z blisko pięciuset, przy czym już wówczas znajomi dziwili się czemu nie mam żadnych zdjęć) to blisko 1 GB. Naprawdę, szacun dla Apple’a, nie mam pojęcia jakim cudem jedno zdjęcie waży 30% więcej niż 3,5-minutowa pieśń z orkiestrą dętą z Filharmonii Szczecińskiej. Ale to nie koniec przyjemności, bo na kolejnym miejscu listy najcięższych rzeczy w moim iPhone’ie znajduje się Facebook z 374 MB. Wiem że wspominałem o tym we wstępie, ale jest to sprawa na tyle fascynująca, że godna szerszego opisania. Jak informują nas twórcy aplikacji w App Store, ciężar „fejsa” to zaledwie 94 MB, więc tyle co nic. I przez pewien czas z pewnością może to być prawda – ale tylko do momentu, w którym appka nie zacznie ściągania coraz większej ilości danych z sieci. Co prawda nikt nie wie, po co Facebookowi mój numer buta i inne tego typu informacje, ale fakt faktem, po kilku tygodniach ciężar zwiększa się blisko czterokrotnie. Rozwiązanie? Najprostsze z możliwych – usunąć aplikację i pobrać ponownie. Gwarantujemy spokój przez najbliższe dwa tygodnie. Oczywiście to tylko nieliczne przykłady, których mógłbym znaleźć spokojnie jeszcze kilkanaście. Nie wspominam już nawet o grach, które – w zależności od złożoności – wykorzystują od 30 do nawet 250 MB (bynajmniej nie mam na myśli gier przesadnie nasyconych grafiką i wartką akcją aplikacji). Dlatego też tym bardziej boli mnie fakt, że dałem się podkusić na iPhone’a o najmniejszej pojemności.

iPhone to nie tylko droga zabawka
Zejdźmy z tematu użalania się nad własnym losem, bowiem zbyt mała pojemność iPhone’a to jeszcze nie jest koniec świata. Ot, lekka ułomność powodująca przechowywanie mniejszej liczby zdjęć czy częste usuwanie aplikacji. Jednak pamiętajmy, że iPhone to nie tylko droga zabawka, a coraz częściej również narzędzie pracy – model 4,7-calowy, a przede wszystkim 5,5”, to typowe narzędzie prawie każdego biznesmena zarówno za Oceanem, jak i nad Wisłą. W typowo biznesowym modelu iPhone’a główne miejsce powinien zajmować bogaty katalog kontaktów, odpowiednio duże miejsce na wiadomości e-mail oraz przechowywane wiadomości SMS, a także kilka najważniejszych aplikacji – mowa o Wordzie, Excelu itp. A te mało nie ważą, co sprawia że praktycznie żaden z poważnych przedsiębiorców nie korzysta z najtańszego modelu.
Jeżeli wyobrazimy sobie, że popyt na 16-gigowe na pewno nie występuje wśród ludzi biznesu, naturalnym jest zadać sobie pytanie: kto te iPhone’y kupuje? Otóż okazuje się, że nie do końca nienajwyższe zarobki w Polsce wpływają na popularność „szesnastki”. Wielu polskich klientów decyduje się na zakup 64-gigowego modelu, choć 500 złotych różnicy (patrząc na oficjalny cennik Apple) to przepaść. Z drugiej jednak strony pamiętajmy, że jeżeli kogoś stać na telefon wart 3200 złotych, to kilkaset złotych dopłaty nie zrobi większej różnicy. A z perspektywy telefonu, na którym nic nie można zrobić (spróbujcie wypełnić swoje telefony na maksa, zostawiając 1 lub 2 GB wolnej przestrzeni), jest to ruch co najmniej logiczny.

Po co Apple tak „małe” telefony?
Nie mam żadnych wątpliwości, że gdyby Apple zrezygnowało z najmniejszych modeli kilka lat temu, byłby to strzał w kolano. Pamiętam zresztą sytuację sprzed kilku lat, kiedy to Apple zdecydowała się na wypuszczenie iPhone’a 4S o pojemności… 8 GB na rynku indyjskim! Odpowiednio niższa cena przekonała ludzi do iPhone’a, gwarantując kolejne sukcesy Timowi Cookowi. Dziś jednak strategia marki wymaga lekkiej przemiany, bowiem 16 GB to tyle co nic. Zwłaszcza przy podniesieniu limitu „wagi” aplikacji do 4 GB, które to miało miejsce kilka miesięcy temu. Nie rozumiem jednak, czemu Apple stwierdziło by zrobić to wszystko na opak, przez iPhone 6 i 6 Plus mają pojemność 16, 64 i 128 GB. Rozmiar 32 wydawałby się w sam raz na model „ekonomiczny”, natomiast w obecnej sytuacji wielu ludzi może się do iPhone’a najzwyczajniej w świecie zniechęcić. I byłoby to działanie słuszne, po co bowiem kupować drogiego iPhone’a z katastrofalnie małą pojemnością lub jeszcze droższego iPhone’a, z którego można skorzystać?

Rezygnacja i tak kiedyś musiałaby nastąpić
Bynajmniej nie dziwi mnie fakt, że ludzie nie zgadzają się z obecną polityką Apple, które działa obecnie trochę na niekorzyść klienta. Sprzedawanie sprzętu, z którego nie można korzystać w pełni możliwości to nic innego jak zwykłe oszustwo. Wspaniała pozycja marki, do której przez lata czułem zaufanie w kilka chwil zachwiała się w posadach, gdy rzesze klientów „nadziały się” na szesnastkę. Ale tym, co boli mnie najbardziej jest fakt, że i tak kiedyś trzeba byłoby zrezygnować ze śmiesznie niepojemnych iPhone’ów. I premiera iPhone’a 6 zdawała się być idealną okazją na ten ruch – nowy wygląd, nowe wnętrze – i nawet klienci nie zauważyliby radykalnego podniesienia cen, argumentując je ceną nowości. Natomiast w obecnej chwili? Jest to działanie co najmniej bezsensowne, bowiem byłoby to całkowicie niekonsekwentne. A uwzględniając jeszcze wyższą cenę iPhone’a 6S w stosunku do 6, sprawia że wielu klientów dostanie zawału widząc cenę. Chyba, że ktoś byłby w stanie zapłacić blisko 4 tysiące złotych za iPhone’a 32 GB. Ale taka cena świadczy, że Apple zmierza w złym kierunku. Bo nie chodzi o to, by ciągle podnosić ceny i chwalić się wysokimi zyskami, ale żeby sprzedawać coraz więcej sztuk. A niższa cena spowoduje większy popyt.

Trudno skomentować politykę Apple w sposób całkowicie obiektywny – bez kontrowersji ta firma by nie istniała. I choć bardzo bym chciał, żeby Tim Cook bogacił się jak najmocniej a Cupertino wydawało coraz lepsze modele, nie mogę patrzeć bezkrytycznie na wszystkie działania Wielkiego Jabłka. Niestety, czuję się lekko oszukany jako posiadacz iPhone’a 16-gigowego, bowiem dotychczas uważałem Apple za markę godną zaufania, która w życiu nie sprzedałaby mi bubla (mając nawet w pamięci iPhone’a 5C). Natomiast okazało się zupełnie inaczej, a łańcuchowe pociągnięcie za sobą kolejnych katastrofalnych decyzji może spowodować, że iPhone będzie zwyczajnie za drogi dla wielu z nas (również i mnie). Przyznam, że telefon przekraczający magiczną barierę 4 tysięcy złotych to już znaczna przesada, a problem tkwi również we mnie samym. Bo o ile dotychczas iPhone prezentował w miarę odpowiedni stosunek jakości do ceny, nie mam zamiaru być „fashion victim”. Przecież nie jestem zakładnikiem Apple.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Call Now Button