Felieton – iPhone 6S już w sprzedaży, tradycyjne kolejki i pominięcie Polski za nami

Z a nami premiera sprzedażowa iPhone’a 6S. Rzesze (choć to nieodpowiednia gra słów, biorąc pod uwagę kraj, w którym zakupu iUrządzeń dokonuje znaczna większość Polaków) ludzi zdążyło się już nacieszyć pierwszymi godzinami z upragnionym cudem rodem z Kalifornii, jeszcze więcej niedoszłych klientów zdążyło sypnąć licznymi bluzgami w stronę Apple, nie mogąc pogodzić się z powrotem do domu z pustymi rękami. W zeszłym tygodniu wspomnieliśmy jedynie o tym, że już od pewnego czasu przed Apple Store’ami ustawiały się kolejki najbardziej zdesperowanych, w tym postaram się wyjaśnić dlaczego osobiście uważam takie upadlanie gatunku ludzkiego za uwłaczające. I, co mnie boli jeszcze bardziej, dlaczego Apple usilnie traktuje Polskę jako dziki kraj, niegodny iPhone’ów i innych iSprzętów.Kolejka po iPhone’a – jak to w zasadzie wygląda?
O tym, że w popkulturze występuje zjawisko stania w kolejce po iPhone’a, wie chyba każdy. Co roku, niezależnie czy deszcz czy upał (nie zapominajmy przecież, że to wrzesień), czy na rynku kryzys czy wręcz przeciwnie, tłumy zawsze ustawiają się w liczące kilkaset metrów kolejki. Druga połowa września to specjalny okres dla wszystkich służb porządkowych większych krajów europejskich, które mniej więcej w tym czasie odnotowują wzrost napięć społecznych. Bo długa kolejka jest najlepszym przykładem tego, jak bardzo człowiek człowiekowi może być wilkiem. Podczas, gdy jedni prezentują raczej spokojne podejście do tematu – siadają na przywiezionych ze sobą z drugiego końca Europy taboretach czy też krzesełkach turystycznych, chłoną literaturę zagryzając kupionym przez sąsiadów z kolejki (oczywiście w zamian za przypilnowanie miejsca) jedzeniem z najbliższego McDonalds, inni nie do końca wytrzymują tę próbę dobrego wychowania. Od denerwowania współtowarzyszy głośnym słuchaniem muzyki, przez obelgi, a na rękoczynach kończąc – to tylko początek listy tych czynności, których można spodziewać się od naprawdę zdeterminowanych. Jednak o ile takie „kulturalne chamstwo” można jeszcze w jakiś sposób znieść, nie potrafię zrozumieć, jak bardzo nisko trzeba upaść, by prezentować jeszcze gorszą postawę – wykorzystania ludzkich słabości. Bo nie ukrywajmy, każdy potrzebuje snu, a kilkudniowe czekanie jeszcze mocniej potęguje potrzebę odpoczynku w nocy, a część nacji (niewątpliwie podanie wprost, o które kraje chodzi zaraz nazwane zostałoby ksenofobią i rasizmem) jedynie czeka na to, by przystąpić do ataku.
Chadzają grupami, czekają aż wszyscy kolejkowicze zasną. Na ogół w noc poprzedzającą premierę, ci silniejsi wstrzymują się z atakiem do rana. Gdy do otwarcia drzwi sklepu Apple pozostają ostatnie godziny, rozpoczyna się walka na śmierć i życie. W optymistycznym wariancie, jeden przedstawiciel grupy rezerwuje miejsce w kolejce, jedynie ustępując kilkudziesięciu swoim współtowarzyszom. Niestety, ci bardziej bezwzględni (nie sposób się domyślić, mieszkańcy których krajów skłonni byliby zabić dla kilkuset dolarów) bezczelnie wpychają się w kolejkę, zazwyczaj w jedno z początkowych miejsc, wykupując grubo ponad limit dostępnych telefonów dla jednego człowieka.

iPhone „misiem na miarę naszych możliwości”
Stanie w kolejce i kotłowanie się na godziny (albo i dni) przed rozpoczęciem oficjalnej sprzedaży jest o tyle uwłaczającym zajęciem, że tak naprawdę pokazuje jedynie, jak wielkimi konsumpcjonistami się staliśmy. Zwłaszcza w naszym kraju, gdzie kolejki do sklepów stały się wręcz symbolem poprzedniej epoki, powinniśmy wystrzegać się powrotu do tego okresu, podczas gdy znaczna część niemieckich czy holenderskich kolejkowiczów to tak naprawdę my sami. Pojawia się jednak jedna zasadnicza różnica, która odróżnia kolejki do Pewexu od kolejek do Apple Store – użyteczność pożądanych produktów. I nie jest to hejt mający na celu zdyskredytować iPhone’a, jednak nie ukrywajmy, czymże jest chęć dostania najnowszego telefonu wobec potrzeby zakupienia jakichkolwiek produktów pierwszej potrzeby? Czy nie jest złośliwością losu, że w czasach, gdy setki tysięcy ludzi kotłują się w kolejkach do wymarzonej Europy, my, ci ludzie „z raju” również oczekujemy swojego „lepszego życia”? Życia z iPhonem? Nie chcę jednak brzmieć górnolotnie i patetycznie, dlatego pozwolę sobie nie rozwijać dalej tego tematu. Nie ulega jednak wszelkim wątpliwościom, że my, kolejkowicze z Drezna czy z Berlina, powinniśmy zrewidować nasz pogląd na takie upadlanie gatunku ludzkiego w celu zakupu najnowszego sprzętu technologicznego. Bo to po prostu naraża nas na śmieszność.

Europa A i Europa B, czyli dlaczego, drogi Polaku, nic od nas nie dostaniesz
Jednak jeszcze bardziej upokarzające od stawiania ludzi w kolejki, jest fakt, że jedynie ci nieliczni dostąpią tego zaszczytu. „Przejedź pół Europy, a może ci sprzedamy ostatnie sztuki” – takie motto Apple może śmiało wywiesić na polskiej zakładce odnoszącej się do iPhone’a 6S. Choć zdawałoby się, że Polska jest jednym z silniejszych graczy swojego regionu, w Cupertino zdają się w ogóle nie zauważać, że Europa to nie tylko Niemcy, Wielka Brytania i Holandia. O ile ci Amerykanie oczywiście wiedzą, że Europa nie jest krajem, a kontynentem.
Gdyby jednak Apple postanowiło rozszerzyć swoją sprzedaż o kilka większych państw europejskich, z całą pewnością odnotowałoby jeszcze lepsze wyniki sprzedaży, w myśl wyjątkowo pasującej, choć nielogicznej reguły „im większa podaż, tym większy popyt”. Fakt, kolejki w największych ośrodkach dla iPhone’owych imigrantów z pewnością mogłyby spaść, jednak miałoby to swoje odbicie w dwóch aspektach – z jednej strony większe bezpieczeństwo i względny spokój w obecnych Apple Store’ach, z drugiej gigantyczne zainteresowanie w krajach dotychczas pomijanych. Bo nie jest prawdą, że Polacy przez słabe zarobki są nieatrakcyjnym rynkiem dla Apple. Spójrzmy tylko na to, ile iPhone’ów (niekoniecznie wersji 3GS czy 4) widać na ulicach polskich miast. Spójrzmy na to, ile iPhone’ów poprzednich generacji ukazuje się na portalach aukcyjnych w chwilę po premierze. W końcu, spójrzmy na to, ilu sprzedawców na Allegro oferuje iPhone’y 6S prosto z Drezna. I ilu ludzi kupuje je, pomimo kilkunastoprocentowej marży.
To wszystko składa się na obraz Polski jako kraju, który nie wiedzieć czemu do dnia dzisiejszego pomijany jest praktycznie w każdej dziedzinie – od Siri, przez News do iPhone’a. O ile jednak w tych dwóch pierwszych przypadkach po części mamy zwyczajnie pecha (przecież nie każdy naród włada najtrudniejszym językiem świata), kwestia braku umieszczenia Rzeczypospolitej w peletonie jest co najmniej niezrozumiała. Może jednak nie musi być to wada, a kilkumiesięczne opóźnienie można zaliczyć raczej do plusów – bowiem w odróżnieniu od zachodu Europy, nie musimy przyjmować bezkrytycznie najnowszego produktu z Nadgryzionym Jabłkiem, mamy czas na to, by wysłuchać wszystkich „za” i „przeciw” jego zakupowi. Może w ten sposób Apple chce nas wyróżnić na tle pozostałych nacji europejskich, pozwalając nam na uniknięcie całkowitego zidiocenia, wyróżniającego się sprowadzaniem się do prostego rozumowania „nieważne co, ważne by to mieć”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Call Now Button